sobota, 26 stycznia 2013

Fiorland

Potem przyszła pora na Fiordy. Inne niż te, które znam z Norwegii. Definitywnie bardziej ukryte, do słynnego Milford Sound, skąd odpływają łodzie wycieczkowe trzeba przemierzyć dwugodzinną trasę z najbliższego miasteczka – Jeziora Te Anau. Sama trasa warta jest jednak świeczki, bo kręte dróżki, tunele, jeziora wywołują achy i ochy. A główna atrakcja wycieczki, czyli fiordy mogę posłużyć za scenerię niejednego filmu (Władcę Pierścieni też tam częściowo kręcono). Nie mogłyśmy jednak w pełni rozkoszować się bogactwem natury w Fiorlandzie z powodu spadku formy, zarówno psychicznej jak i fizycznej. Ściślej rzecz ujmując mam na myśli kaca i brak snu, które były następstwem intensywnej integracji z lokalną młodzieżą w Te Anau. W tym cierpieniu majestatyczność gór i wody przyprawiała mnie trochę o stany lękowe, w wyniku których dotkliwie zatęskniłyśmy za cywilizacją. Szybko wróciłyśmy więc do naszej bazy w Queenstown, skąd uderzyłyśmy na zachód – West Coast w dosłownym tego słowa znaczeniu! 



Wiochę potrafimy zrobić nawet na krańcu świata

 Retoks (antonim detoksu) - czyli kac nad jeziorem


Jeziora lustrzane, dosłownie

Atrakcje na odludziu trochę się różnią od typowych

Jak powyżej


Wycieczka statkiem

Przerwa na oglądanie foczek




poniedziałek, 21 stycznia 2013

The Catlins



Wypożyczyłyśmy małe auto na 4dni w celu odwiedzenia mniej zamieszkanej południowej części południowej wyspy. Uciekając ze ścieżki typowego turysty wybrałyśmy się w pierwszej kolejności się do pięknego, odizolowanego i dzikiego wybrzeża parku narodowego – The Catlins. Ludzi tam jak na lekarstwo, przytłacza za to mnogość owieczek, można też spotkać foki i pingwiny. Region ma specyficzny, trudny do opisania klimat. Delikatność zielonych wzgórz kontrastuje ze wzburzonymi falami oceanu i stale zachmurzonym niebem. Drogi do wielu punktów widokowych pokryte są żwirem, na których mija się zaledwie kilka samochodów w ciągu dnia. Co ciekawsze wybrzeże sąsiaduje z gęstymi lasami przypominającymi dżunglę. Po raz kolejny czułyśmy się jednak wyobcowane, bo większości zwiedzających to rodziny, starsi ludzie, no i zakochane pary. No z tego bata nie ukręcisz!
Zwiedzając The Catlins nocowałyśmy w rolniczym mieścinie Gore – stolicy nowo zelandzkiej muzyki country. Małomiasteczkowość, brzydota okolicy i prostota ludzi była w swoim wydaniu ujmująca. Łącznikiem z tym światem okazała się 60-letnia nauczycielka, u której couch surfowałyśmy. Otoczyła nas opieką jak przystało na Nowo Zelandzką babcię – nakarmiła, uprała, opowiedziała lokalne historie, pokazała ciekawe magazyny i książki o Nowej Zelandii, a nawet zabrała nas do swojej szkoły. Nowa Zelandia podobnie jak Australia w grudniu i styczniu ma szkole wakacje, szkoła była więc opustoszała.  Nie było zatem obawy, że dwa barany utkną tam na dłużej.






Owieczki wszechobecne

Foczki

Krówki

I barany




Tym razem nie prowadziłam





czwartek, 17 stycznia 2013

Jeziora



Nowi towarzysze przygód byli czeską parą mieszkającą w Nowej Zelandii przez rok. Pojechaliśmy razem nad jezioro Tekapo otoczone górami. Wybraliśmy się wspólnie na wspinaczkę na górę, na której usadowione jest obserwatorium. Usłyszana wieść bowiem niesie, że nad jeziorem Tekapo widnieje najczystsze niebo na całym świecie. 
Najbardziej przykuwająca uwagę jest przede wszystkim kolorystyka. Jak błękitna może być woda w tym kraju? Zastanawiam się często czy to co widzę jest prawdziwe czy przyklejono wszędzie ogromne zdjęcia podkoloryzowane w Picasso.
Dnia kolejnego udaliśmy się z Czechami do ich miasta – Jeziora Wanaka – miasteczko trochę większe, góry trochę wyższe ze śniegiem na szczytach. A popołudniu do Queenstown – stolicy sportów ekstremalnych.
Stali czytelnicy znają moje zamiłowanie do niebezpieczeństwa, a jeszcze większe do sportu. Nie powinno więc dziwić, że NIE skakałam na bungy ani nie latałam na paralotni. Zafascynowały mnie za to rowery górskie, a może bardziej sami rowerzyści czmychający w maskach prosto z Batmana pomiędzy górskimi szczytami. Zasadniczo miasteczko to jest przepełnione młodzieżą szukającą adrenaliny i taniego piwa. W celu odizolowania się od hołoty, i bycia jak zwykle oryginalnym, spałyśmy pod namiotem, co okazało się udręką nie do wytrzymania ze względu na zimne noce. Co się robi w zimne noce, wszyscy wiemy (bez obawy, nie próbowałyśmy odegrać filmu Brokeback Mountain w naszym małym namiocie). Opcje są dwie: znaleźć kogoś do przytulania, najlepiej z własnym mieszkaniem albo pić czerwone wino. Z braku laku, wygrała opcja numer dwa, a że wino w Nowej Zelandii mają dobre nie narzekałyśmy, no może trochę…




Jezioro Tekapo








St John nad Jeziorem Tekapo


W hostelu nad jeziorem Takapo

Autostop pasywny

Droga z Wanaki do Queenstown




Panorama Queenstown



środa, 16 stycznia 2013

Akaroa

Po jednym dniu nadszedł czas opuścić miasto, bo do Nowej Zelandii przyjeżdża się w celu obcowania z naturą. Wybrałyśmy się więc na ulicę łapać stopa, i złapałyśmy Pana Boga za nogi. Otóż, wybrałyśmy się do mieściny turystycznej zwanej Akaroa, umiejscowionej na półwyspie Bank na wschodnim wybrzeżu, położonym około 80 kilometrów od Christchurch. Zdjęcia wytłumaczą mój zachwyt przyrodą. Błękitna woda i zielone pagórki w jednym zestawie. A na domiar wszystkiego, delfiny, z którymi pływałyśmy w oceanie. To nie jest jednak raj na ziemi i nie można z nimi pływać byle gdzie, musiałyśmy wybrać się na zorganizowaną wycieczkę z instruktorem. Brzmi to cudownie, ale w rzeczywistości było bardzo zimno, a delfiny nie podpływały zbyt blisko. No ale widzieć je na wyciągnięcie ręki jest uczuciem jedynym w swoim rodzaju.
Najbardziej zapamiętamy jednak ludzi. Wspomniany Pan Bóg ujawniał się nam w postaci starszego dziadka (pana Rysia jak go ochrzciłam), który zgarnął nas z drogi swoim BMW. Zabrał nas na kawę i ciastko do wiejskiej kafejki z różanymi ogrodami i malinami dookoła i zaproponował wprost: możecie zostać w moim domu, razem z moją rodziną. Tak i też się stało. Przez dwa dni ulokowałyśmy się w malutkiej chatce obok jego drewnianego domu i dzieliłyśmy z nowo zelandzką rodziną posiłki, historyjki, fotografie i muzykę. Ukryty pod płaszczem farmera nasz dobroczyńca okazał się być bowiem artystą. Ciężko było się rozstać z sielskością nadmorskiej miejscowości i jego mieszkańców. Czas nas jednak gonił. Pan Rysio pod pretekstem odwiedzin swojej farmy podwiózł nas 80 km i zostawił na drodze w celu poszukiwania nowych towarzyszy podróży i nowych przygód.




Chatka, w której spałyśmy





Delfin